po
złote runo, zakończyła się powodzeniem. Mąkę na żur
przywiozłam.
Ot i dzisiejszy dylemat... Jak Wam pokazać obłędną
zupę, która kiepsko wychodzi na zdjęciach? No niefotogeniczna jest
i tyle. Jak Was zarazić tym smakiem?
Jak Was wciągnąć w mój
żurowy obłęd :-D.
Zakwas
na żur kiszę sama. Z grubo mielonej żytniej mąki, którą
przywożę ze Śląska - jak dla mnie mekki dobrego żuru. Moja ulubiona mąka "na wejściu" wygląda
fatalnie - szarobura, nierówno zmielona,
z gruzełkami nie do końca
poddających się żarnom ziaren. "Upiększam" ją jeszcze
solidną garścią otrąb żytnich, dwiema głowami (bo jak główki
to trzy) koniecznie naszego rodzimego czosnku, wsypuję to wszystko
(tak, tak, cały kilogram mąki)
do wielkiego glinianego garnka,
który dawno temu dostałam od teściowej, zalewam leciutko osoloną
letnią wodą, mieszam codziennie, czekam i.... wącham. O tym czy
jest już zdatny do użytku dowiaduję się "na nos”. Później
gotuję gary
się z nową.
A, i ważne - proszę nie przykrywać szczelnie tylko okryć
ściereczką, gazą lub... tetrową pieluchą. I jeśli
się za niego
zabieracie, miejcie chwilę czasu i spokoju. Nie lubi nerwówki,
poganiania i bylejakości. Jak prawie wszystko
w kuchni.
A później
to już hulaj dusza. Na dobrym zakwasie każda wersja żuru pysznie
się udaje – wegański i mięsny, czysty, z warzywami, z boczkiem,
cebulką, ziemniakami
w kosteczkę albo tłuczonymi, aromatyczną
wędliną, frankfurterkami, białą kiełbasą (chociaż ta jak dla
mnie bardziej do białego barszczu), na wędzonych kościach,
z
jajkiem (u mnie też bardziej do białego barszczu), zawsze z
majerankiem
i czosnkiem (czosnek przesmażcie przed wrzuceniem do
kwasu, bo inaczej zrobi się Wam zjadliwie zielony w garnku), czasem
z kminkiem, pieczarkami, leśnymi grzybami... Nawet kiedyś
ugotowałam z kaszą gryczaną. Też był super. Co kto lubi
i ma na
podorędziu. Za każdym razem można spróbować innego zestawu. Taki
czy inny będzie zawiesisty, dość mocno kwaśny, z charakterem.
Przechowuję
takie wspomnienie z dzieciństwa, które jeszcze na czasy PRL-u
przypadało, jak biegnę przez pół miasta z pustym słoikiem do
„baby” po żur. Adres kobiety, która w wielkim, tak teraz myślę,
że około 40-50 litrowym emaliowanym garze kisiła żur dla całej
dzielnicy sporego miasta, szedł od domu do domu pocztą pantoflową.
Rzeczywiście był najlepszy. Jak przecież wszystko co wspominamy z
dzieciństwa. Gar zakwasu stał w przedpokoju jej mieszkania w bloku,
nalewała go wielką aluminiową chochlą do przyniesionego słoika,
inkasowała niewielkie pieniądze, obcierała ten słoik średniej
czystości szmatą... I trzeba było go pieczołowicie donieść
do domu, więc w drodze powrotnej już się nie biegało.
Przechodnie
się rozstępowali niemal jak przed księdzem z idącym
z
sakramentem. Lubię myśleć, że z szacunku do żuru, ale tak naprawdę nie chcieli nim w razie katastrofy zostać ochlapani. I
kibicowali dzieciakom, które, jeśliby uroniły cenny „ładunek”,
mogły w domu w skórę zarobić.
Tyle sentymentalnych
reminiscencji.
Z
tym ochlapywaniem żurem... Wiecie, że jednym z polskich
wiekopiątkowych zwyczajów był na wsiach pogrzeb, albo inaczej - wybicie - żuru? W Wielki
Piątek gospodynie wyrzucały
z domu wreszcie post, który panował
przez czterdzieści dni. Najbardziej dostawało się bogu ducha
winnym śledziowi i żurowi, jako jadłu postnemu. Żur wynoszono z
kuchni jako wreszcie niepotrzebny. Dawano upust radości z tego
powodu w dosyć niewybredny sposób. Oblewano nim na przykład drzwi
chałup, gdzie były panny na wydaniu, lub kazano go nieść
w
glinianym garnku komuś niewtajemniczonemu i rozbijano ten garnek
niesiony na plecach
lub na głowie delikwenta. Śledzia traktowano
nie lepiej, najczęściej wieszając go na gałęzi.
W
fascynującej rozmowie Panów Makłowicza i Bikonta zamieszczonej w
Magazynie Historycznym „Mówią Wieki” wysuwają oni tezę, że w
pewnym sensie polska tożsamość jest tożsamością żuru. Dość
łatwo wyrugowano ją w zaborze rosyjskim
i w tradycyjnej rodzinie
poznańskiej żuru się nie jada. A w Kaliszu już tak. Jedzą go
Ślązacy i Małopolanie. Nie jadają Niemcy
i Ukraińcy.
Hołdujmy
więc starym polskim tradycjom, kiśmy zakwasy, gotujmy żury,
garnków z nimi może nie rozbijajmy, bo tych starych „gliniaków”
żal... I zaprośmy na dobry żur zaprzyjaźnionych Poznaniaków,
Niemców i Ukraińców. Niech się zarażają. A co? Samą będę
tkwić w tym obłędzie ;-)?



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje komentarze są ważne. Zostaw znak, że mnie odwiedziłe(a)ś. Cenna jest dla mnie Twoja uwaga, Twój czas. Podziel się swoją pasją i wiedzą. Podrzuć temat ;-). Komentarze są moderowane. Dziękuję :-D.